Znacie ten moment. Jest 31 grudnia, godzina 23:55. Masz w sobie trzy lampki szampana i niezachwianą wiarę w to, że od jutra stajesz się nowym człowiekiem. Koniec z pizzą o północy, koniec z zadyszką przy wchodzeniu na pierwsze piętro. Nadchodzi „Nowy Rok, Nowy Ja”.
Moja transformacja miała być spektakularna. Miałem wizję: ja, wbiegający na szczyt góry o wschodzie słońca, z mięśniami twardymi jak skała. Rzeczywistość okazała się jednak… cóż, bardziej kanapowa.
Oto kronika mojego heroicznego, 30-dniowego boju o formę życia.
Faza 1: Grudzień – Zbrojenie się (czyli zakupy)
Zanim podniosłem choćby jeden ciężarek, musiałem wyglądać jak ktoś, kto podnosi ciężary zawodowo. To kluczowy element autooszustwa.
Wydałem pół wypłaty na strój sportowy. Kupiłem legginsy z „technologią kompresji strefowej” (cokolwiek to znaczy, brzmi drogo), koszulkę termoaktywną, która miała „odprowadzać pot szybciej, niż zdążę go wyprodukować”, i buty tak lekkie, że bałem się, iż odlecę przy silniejszym wietrze.
Stałem przed lustrem w salonie, wciągając brzuch. Wyglądałem jak skrzyżowanie superbohatera z nurkiem głębinowym. Byłem gotów. Moje ubrania były gotowe. Mój karnet open premium gold (kupiony na rok z góry, bo przecież tym razem nie odpuszczę) był gotów.
Faza 2: Styczeń – Wielka Inwazja
2 stycznia. Siłownia przypominała peron metra w Tokio w godzinach szczytu. Byliśmy tam wszyscy – Armia Postanowień Noworocznych. Setki ludzi zdezorientowanych, szukających włącznika bieżni i patrzących na maszyny do ćwiczeń nóg jak na narzędzia średniowiecznych tortur.
Czuć było w powietrzu zapach potu i desperacji. Była w nas solidarność. Uśmiechaliśmy się do siebie porozumiewawczo, ocierając czoła naszymi nowymi, markowymi ręcznikami. „Damy radę”, mówiły nasze spojrzenia. „Do wakacji będziemy bogami”.
Zobacz także: kawały o sporcie
A potem pojawili się ONI.
Rdzenni mieszkańcy siłowni. „Pakerzy” i „Fit-Boginie”. Ludzie, których bicepsy mają własny kod pocztowy. Oni nie „ćwiczą”, oni „robią trening”.
Gdy wszedłem na strefę wolnych ciężarów, poczułem się jak gazela, która przez pomyłkę weszła na zebranie lwów. Jeden gość obok mnie rzucił na podłogę sztangę, która ważyła więcej niż mój samochód. Ziemia zadrżała. Ja zadrżałem. Cichutko odłożyłem moje różowe hantelki 2 kg i uciekłem do „strefy stretchingu” (czyli tam, gdzie można leżeć na macie i udawać, że się rozciągasz, a tak naprawdę sprawdzasz Instagrama).
Faza 3: Połowa stycznia – Pierwsze pęknięcia
Mniej więcej 15 stycznia mój entuzjazm zaczął przypominać przekłuty balonik. Moje ciało bolało w miejscach, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Odkryłem, że mam mięśnie nawet w uszach.
Zaczęła się kreatywna księgowość wymówek:
-
„Dziś nie mogę iść, pada deszcz, a moje buty są zbyt lekkie na taką pogodę.”
-
„Jestem zbyt zmęczony po pracy, odpoczynek jest kluczowy dla regeneracji!” (regeneracja trwała 6 godzin przed Netfliksem).
-
„Mój horoskop mówi, że dziś Mars jest w opozycji do Saturna, nie mogę ryzykować kontuzji.”
Moja supernowoczesna koszulka termoaktywna, która miała odprowadzać pot podczas maratonów, stała się moją ulubioną koszulką do spania. Okazało się, że świetnie odprowadza też okruchy chipsów.
Faza 4: Luty – Krajobraz po bitwie
Nadszedł 1 lutego. Postanowiłem dać sobie ostatnią szansę. Wszedłem na siłownię.
Było pusto.
Gdzie się podziali ci wszyscy ludzie ze stycznia? Gdzie Armia Postanowień? Zniknęli. Wyparowali. Zostały po nas tylko puste bidony i wspomnienia. Na placu boju zostali tylko „Rdzenni”. Spojrzeli na mnie. Wiedzieli. Ja też wiedziałem.
Wróciłem do domu. Usiadłem na kanapie w moich legginsach kompresyjnych za 300 zł. Włączyłem serial. Zamówiłem pizzę.
Może i nie mam sześciopaka, ale mam najdroższy strój do leżenia w całym bloku. A karnet? Cóż, to teraz bardzo droga zakładka do książki. Do zobaczenia za rok, siłownio. Tym razem na pewno się uda!
Czytaj dalej: Śmieszne postanowienia noworoczne

