Środek nocy, z knajpy wytacza się zalany gość, nogi mu się plączą, więc postanawia złapać taksówkę.

Pod lokalem stoi tylko jedna. Facet grzebie w kieszeni i liczy, że ma ledwie 15 zł.
– Panie kierowco, ile weźmie pan za kurs na Mickiewicza?
– Dwudziestka – odpowiada taksówkarz.
– A za piętnaście się nie dogadamy?
– Za piętnaście to ja nawet drzwi nie otwieram!
– No błagam, późno, zimno, ja ledwo stoję, a kawał drogi do domu…
– Spadaj, nie zawracaj mi gitary – burknął kierowca.
Gościowi nie zostało nic innego jak zataczać się na piechotę.
Następnego dnia idzie ulicą i widzi sznur taksówek. Na samym końcu – ten sam niemiły taksówkarz. Facet podchodzi do pierwszej taksówki i pyta:
– Kurs na Mickiewicza ile?
– Dwadzieścia złotych.
– Dam pięćdziesiąt, ale w trakcie jazdy… no, zrobisz mi dobrze.
– Spadaj zboczeńcu, bo zaraz przyłożę!
Podchodzi do drugiej, trzeciej – i wszędzie to samo: pytanie, oferta, wkurzony taksiarz.
W końcu staje przy ostatniej taksówce – tej spod knajpy – i mówi:
– Na Mickiewicza ile?
– Dwadzieścia – odburknął kierowca.
– Dobra. Ale niech pan jedzie wolno… bo muszę pomachać wszystkim pana kolegom!

Co myślisz?

Ej, Marek, podeprzesz mnie dwoma stówami?

Facetowi zmarła teściowa, za którą nie przepadał.