– Wasza Cesarska Mość, jak to możliwe, że Twoi poddani, choć znani z krnąbrności i zamiłowania do swawoli, zawsze słuchają Cię bez sprzeciwu?
– To proste. Po pierwsze, nigdy nie zmuszam ich do robienia rzeczy, które byłyby dla nich zbyt niewygodne. Po drugie zaś – wszelkie zasługi chwalę głośno i publicznie, natomiast ganię zawsze tylko półgłosem.
-
-
Stirlitz, jak sądzicie, co jest bardziej pożyteczne: radio czy gazeta? – zapytał Mueller, mrużąc podejrzliwie oczy.
– Bez wątpienia gazeta. W radio nie da się przecież zawinąć śledzia – odpowiedział z kamienną twarzą Stirlitz.
-
Zmarł sędziwy Żyd, który zajmowałem się pożyczaniem pieniędzy na wysoki procent
Mimo obietnicy wysokiego wynagrodzenia, nikt nie chciał wygłosić pochwalnej mowy nad jego grobem. Ostatecznie, tuż przed pochówkiem, pojawił się mężczyzna, który za podwójne honorarium rzekł nad mogiłą: – Wszyscy znaliśmy Mosze. Wiemy doskonale, że był to łotr, oszust i bezlitosny wyzyskiwacz… Jednak patrząc na stojących tu jego synów, musimy uczciwie przyznać, że stary Mosze był przy nich człowiekiem o gołębim sercu.
-
Podczas wielkiego balu w pałacu carskim
imperatorka Katarzyna II tańczy z hrabią Pawłem Biezuchowem. W pewnym momencie władczyni rzuca chłodne spojrzenie na jego dłoń:
– Hrabio, ma pan plamkę na mankiecie – zauważa z niesmakiem.
Biezuchow, nie mogąc znieść tak strasznego wstydu przed obliczem monarchini, wychodzi do sąsiedniej sali i tam, z rozpaczy, odbiera sobie życie.Chwilę później caryca tańczy już z księciem Andriejem Bołkońskim.
– Książę, widzę plamę na pańskim surducie – mówi wyniośle.
Bołkoński, dla którego honor jest cenniejszy niż życie, również nie wytrzymuje hańby. Odchodzi do innego pokoju i strzela sobie w łeb.W końcu nadchodzi kolej na porucznika Rżewskiego. Caryca patrzy w dół i marszczy brwi:
– Poruczniku, ależ wasze buty z cholewami są całe uwalane błotem! Rżewski, uderzając dziarsko obcasami, odpowiada z rozbrajającym uśmiechem
– Nie niepokójcie się, Wasza Wysokość! To nie błoto, to psie gówno. Jak podeschnie, to samo odpadnie! -
Stirlitz pewnym krokiem spacerował głównymi ulicami Berlina
Jednak coś nieuchwytnego sprawiało, że przechodnie z łatwością domyślali się jego prawdziwej tożsamości. Być może była to radziecka czapka-uszanka, może ciężkie walonki, a może spadochron, który z głośnym szelestem uparcie ciągnął się za nim po bruku.
-
W nocy Jasia i Małgosię naszła ochota na odrobinę czułości.
– Jaś, przecież on nas usłyszy! – szepnęła zaniepokojona Małgosia.
– Spokojnie, mam plan. Jak poczujesz, że chcesz krzyczeć z emocji, mów po prostu szeptem „pączek”. To go nie obudzi.
Zaczęli się kochać, a po chwili Małgosia, coraz głośniej, zaczęła powtarzać: – Pączek! Pączek! Pączek!
Nagle z dolnego łóżka dobiegł zaspany i zirytowany głos ojca: – Dzieciaki, jedzcie te pączki szybciej, bo mi już lukier na głowę kapie! -
Masztalski wraca do dom w opłakanym stanie
Ni mo jednej ręki i brakuje mu nogi. Maryjka, widząc go w progu, łapie się za głowę i woła:
– Pieronie, Masztalski! Co ci sie stało?! Gdzieś ty to stracił?!
– A Masztalski, ledwo dychając, odpowiada: – Widzisz, Maryjka… założyliśmy sie z Ecikiem o ręka, że mi nogi z rzyci nie wyrwie! -
-
Kumo, co twoja wnuczka dostała od tego Włocha, co go poznała?
— Powiada, że syfilisa jakiego.
— A co to jest?
— Nie wiem, ale twierdzi, że większe od mercedesa.
— Jak to?
— Bo mówiła, że na tym cała wieś się na tym przejedzie. -
Wchodzi facet do baru i podchodzi do gościa w kącie:
– Ty jesteś tym słynnym płatnym zabójcą?
– Tak.
– Ile bierzesz za strzał?
– Dziesięć tysięcy od pocisku.
– A jak spudłujesz?
– Nie pudłuję.
– Dobra – moja żona jest w motelu naprzeciwko z jakimś facetem. Daję dwadzieścia za obu, chcę, żebyś ich „zajął się” tak, żeby już nigdy się nie zobaczyli. Jemu odstrzel małego a jej głowe.
Wchodzą na dach, snajper podaje lornetkę. Patrzy, patrzy i milczy. Klient się niecierpliwi:
– No? Co widzisz?
Snajper wzrusza ramionami:
– Zaraz policja przyjedzie. Za minutę będziesz oszczędzał dziesięć tysięcy — nie musisz się o nic martwić. -
Stirlitz relaksował się w swojej konspiracyjnej kwaterze.
Nagle wazon z kwiatami ześlizgnął się z parapetu i roztrzaskał się na jego głowie. To był zakodowany sygnał – informacja, że żona właśnie urodziła mu syna. Pułkownik Isajew dyskretnie otarł łzę wzruszenia. Ogarnęła go potężna tęsknota za ojczyzną – w końcu nie był w domu od siedmiu długich lat.
-
Dwaj ortodoksyjni Żydzi spacerują po nekropolii.
Nagle stają przed monumentalnym grobowcem bogatego rodu fabrykantów. Włoski marmur, lśniący granit i złocenia budzą ich ogromny podziw. Obchodzą budowlę dookoła, aż jeden wzdycha:
-No popatrz, Mosze… Tacy to potrafią sobie żyć… -
-
Kierownik wpada do działu kontroli jakości:
– Panie Heniu, kończymy z testami na zwierzętach!
Henio marszczy brwi:
– Ale przecież wszyscy tak robią.
– Może i tak, ale my produkujemy… młotki! -
Pod okienkiem PKP chwieje się podpity gość.
Podchodzi student i mówi:
– Poproszę połówkę do Warszawy.
Na to pijaczek:
– A ja poproszę ćwiarteczkę… na miejscu.